Karolinka kontra NATO

Z Warszawy wylatywaliśmy bladym świtem 7 lipca, jednym z ostatnich chyba czarterów turystycznych, przed przylotem delegacji na szczyt NATO. Miało to najwyraźniej wpływ na nasze przygody na Okęciu…

 
Zacznę od tego, że kiedy wiosną wykupywaliśmy w Itace wczasy na hiszpańskiej Minorce, jednym z naszych kryteriów była godzina wylotu. Celowaliśmy w godziny popołudniowej drzemki Karoliny. Nasza kochana córka jest oczywiście najpiękniejsza i najmądrzejsza na świecie, ale jest właśnie w apogeum buntu 2-latka (który, ponoć, przechodzi następnie płynnie w bunt 3-latka).
O swoich ponurych wizjach dożywotniego zakazu lotów pisałam Wam już wcześniej w Samolotem z dzieckiem. Wybraliśmy wiec wylot o „bezpiecznej” dla nas godzinie 15ej. Po czym, na kilka dni przed wylotem poinformowano nas, że nasz samolot wylatuje, ale o 5 rano… Prawdopodobnie dlatego, by zwolnić miejsce samolotom przywożącym gości na szczyt NATO. Bo cóż z tego, ze jest szczyt sezonu urlopowego, a wielu pasażerów lata dziś z dziećmi. Czym jest bowiem szary obywatel, kiedy tu nadciągają najwyższe racje państwowe, szpica, Obama, secret service, te sprawy. Karolina vs NATO: 0-1.

Byłam trochę przerażona wizją wybudzania Karoliny w środku nocy. Wpadłam więc na sprytny plan przetransportowania jej na lotnisko w stanie „na śpiocha”. Plan runął jednak jak marzenia Polski o szybkim powstaniu tarczy antyrakietowej. Karolina wstała bowiem o 2. w nocy rześka, pobudzona i gotowa do swojej pierwszej zagranicznej podróży. Poziom jej ekscytacji sięgał zenitu, niczym emocje ministra Macierewicza, oczekującego na gości. – W końcu przygotowywaliśmy Karolkę na lot samolotem od kilku tygodni i już nie mogła się go doczekać.
Na lotnisku byliśmy 2 godziny przed wylotem, aby nie było żadnych niespodzianek. Wiadomo: równolegle już nadciągały sprawy państwowe, szpica, Obama, secret service, te sprawy.

Baby_Zen_trolley
Nadanie bagażu przebiegło bardzo sprawnie, choć Karolina oczywiście upierała się że będzie samodzielnie tachać na taśmę nasze 20-kilogramowe walizy (w końcu Świnka Peppa tak robiła).
Potem grzecznie ustawiliśmy się do kontroli bezpieczeństwa. I tu zaczyna się nasza przygoda. Najpierw pan ochroniarz poprosił mnie, żebym zdjęła buty. To najwyraźniej zaniepokoiło moją córkę, bo zażądała żebym wzięła ją na ręce. (Przypominam, że jest około 3. w nocy). Pan poinformował mnie, że dziecko musi przejść przez bramkę samodzielnie. – Aha, to niech pan spróbuje to teraz wytłumaczyć zaniepokojonej dwulatce. Pani stojąca tuż za bramką, o wyglądzie nieco, hmm, androgynicznym, dzierżyła w dłoni mało przyjaźnie wyglądający przedmiot w kształcie policyjnej pałki.

 
– Pani zdejmie z siebie to dziecko! – rzuciła.

 
Na te słowa Karolina tylko zacieśniła uścisk. W końcu minister Macierewicz stawia na obronę cywilną, a dwulatki są w tym naprawdę dobre. Po czym zaczęła płakać, a natężenie tego płaczu było równe wojskowej syrenie alarmowej. Karolinka kontra NATO: 1:1.

 
Przyznam, że poczułam się nieco bezradna i powiedziałam, chwilowo nie jestem w stanie zdjąć z siebie kurczowo trzymającego się mnie dziecka, więc musimy przejść razem. Co też uczyniłyśmy. Za bramką już czekała ta „miła” pani w mundurze, która doskoczyła do nas z tą pałką (detektor prochu?…). Karolina była przerażona. Mój mąż, który stał jeszcze za bramką, zapytał czy może przejść, żeby uspokoić dziecko i nam pomóc. Powiedziano, że nie. A czy możemy w takim razie poprosić inną osobę z ochrony do pomocy? Na to pani zakrzyknęła do kolegi:

 
– Panie Zdzisławie, bo tu jeden pan się  A W A N T U R U J E.

 
Dobra nasza, pomyślałam, brakuje tylko powalenia nas na podłogę. Pani rzuciła jeszcze coś o tym, że nigdzie nie polecimy i zamachała na kolegę.
Pan Zdzisław, choć z wyglądu „kwadratowy misiek”, na szczęście okazał się jednak myślący i przyjazny. Pozwolił przejść przez bramkę mojemu mężowi. Sam podał mu detektor i zaproponował, żeby to tata sprawdził córkę. A potem mnie.

– Mąż obmacujący mnie w środku nocy fallicznym detektorem, na oczach setki zaciekawionych gapiów. Uwierzcie mi, w życiu nie miałam tak perwersyjnej fantazji erotycznej! Pikanterii odejmował jedynie fakt, że moja córka była nadal uwieszona na mnie jak miś panda na bambusie. Potem próbki z naszej odzieży i rąk zostały poddane analizie. Ale najwyraźniej znaleziono tam jedynie śladowe ilości Nutelli, oraz piasku z piaskownicy na naszym osiedlu – bo pozwolono nam przejść dalej.

 
Epilog tej historii. Przylatujemy na Minorkę. Na plaży otwieram „Politykę” przywiezioną z Polski. A tam na początku numeru artykuł sponsorowany (!) o nowej firmie, która ochrania lotnisko Okęcie i o najwyższych standardach, jakie stosuje. Kurtyna.
Dla porównania podobna sytuacja z naszego powrotu z urlopu. Lotnisko w Mahon – w pewnym sensie prowincjonalne, ale w lipcu o bardzo dużym natężeniu ruchu. Podchodzimy do bramki bezpieczeństwa. Moja córka – no cóż… – zaczyna oczywiście płakać, bo przypomina sobie scenę z Okęcia. Robi krok w tył i odmawia przejścia przez bramkę. Tym razem nie dziwię się, jeśli nas wytypują do bardziej szczegółowej kontroli, bo po dwóch tygodniach w Hiszpanii jestem opalona i wyglądam co najmniej na Meksykankę a moja córka, smarowana filtrami nr „50”, jest porcelanową blondynką, więc absolutnie nie wygląda na moje dziecko, tylko raczej „wypożyczone” 🙂
Tym razem, już nauczeni doświadczeniem, przez kontrolę jako pierwszego puszczamy męża. Ja przechodzę z dzieckiem na rękach. Potem córkę przejmuje mąż. Na jego rękach bardzo miły, uśmiechnięty ochroniarz sprawdza takim samym detektorem Karolinę. Zagaduje ją, więc ta nawet się nie orientuje. Ochroniarze chcą też sprawdzić moje buty, ale nikt nie każe mi ich zdejmować i paradować boso, tylko uprzejmie proszą o postawienie nogi na specjalnym ekranie. Na koniec jeszcze raz się uśmiechają i dziękują.

 
Można? Można.

 
Chcę żebyście mnie dobrze zrozumieli: jestem jak najbardziej zwolenniczką dokładnego sprawdzania uczestników lotów – takie mamy czasy. I mam ogromny szacunek, dla wszystkich tych mundurowych służb, które nas chronią. – Ale te same procedury można przeprowadzić w atmosferze o wiele milszej, niż ta która nas spotkała na Okęciu. Potwierdził to również mój brat, który często lata do USA. Tam był świadkiem drobiazgowego kontrolowania na lotniskach dzieci, ale jest to robione profesjonalnie i z właściwym podejściem do najmłodszych: czyli przede wszystkim z szerokim uśmiechem, bez podniesionego tonu, zagadując żarcikami.

A jakie są Wasze doświadczenia, anegdoty i przygody związane z lataniem z dziećmi? Czekam na komentarze pod artykułem.

Wasza Lemingrad Mom

P.s. Pan Zdzisław nie miał pewnie na imię Zdzisław, ale reszta się zgadza.

 
Chcesz poznać ultra lekki wózek, który po złożeniu schowasz do luku na bagaż podręczny: przeczytaj o moich doświadczeniach z Baby Zen Yoyo Plus, który towarzyszył nam podczas tej podróży.

 
Chcesz obejrzeć zdjęcia z naszych pierwszych zagranicznych wakacji z Karoliną: wejdź na profil lemingrad_mom na Instagramie.

Babyzen_Yoyo_plus

Komentarze

Navigate