Nasza „kampania wrześniowa”

…czyli jak przyzwyczajamy się do przedszkola.

 
Karolina ma nie całe 3 lata. I jest jedynaczką, która uwielbia spędzać czas z mamą, ukochaną ciocią, ewentualnie ze znajomymi dziećmi z podwórka. Wieczorami niechętnie zostawała nawet z dziadkami. Zdecydowanie nie jest to tzw. „cygańskie dziecko”, które bez problemu bawi się z każdym. Wydawało się nam więc, że jeśli o chodzi o przedszkole, to może to być „przypadek trudny”.
Okres adaptacyjny w naszym przedszkolu zaczął się pod koniec sierpnia. Dziś mogę Wam opisać nasze pierwsze doświadczenia. I choć kampania nie jest jeszcze w pełni wygrana, to zaczynam widzieć światełko w tunelu 🙂

 
Czas kampanii: przełom sierpnia i września 2016
Miejsce walk: przedszkole językowe, pod flagą Imperium Brytyjskiego
Zasoby ludzkie: grupa 14 rekrutów w wieku 2-3 lata; kilkoro dzieci to obcokrajowcy
O co toczy się batalia: o to, żeby moja córeczka nauczyła się spędzać czas w grupie; żeby nauczyła się zostawać bez mamy; idealnie, gdyby nauczyła się podstaw języka angielskiego
Obrana doktryna wojenna: „Maszeruj albo giń” 😉

 
Day 1:
Wiecie, jakie było największe marzenie mojej córki? – Żeby mieć w przedszkolu kolegę z Chin! A to za sprawą książeczki „Wesołe przedszkolaki”. Ta książka to zbiór krótkich historyjek, które dzieją się w wyimaginowanym przedszkolu „Wesołe skrzaty”. W jednej z nich do grupy przedszkolaków dołącza chłopiec z Chin, o imieniu Chao. Czytałyśmy te opowieści wieczorami do poduszki. To jeden z elementów, który miał nam pomóc w adaptacji w przedszkolu. Poza książką przydały się:

 
– ulubione odcinki „Świnki Peppy”, zwłaszcza te, których akcja dzieje się w przedszkolu
– dobrze schłodzone białe wino (to dla mnie; na ukojenie nerwów wieczorami)

 
W naszym przedszkolu w pierwszym tygodniu zajęcia trwały w godzinach 9-12. Panie przedszkolanki pozwalały mamom zostawać z dziećmi, w miarę ich potrzeb.
Wchodzimy więc do sali, gdzie już kłębią się maluchy w wieku 2-3 lat. Ku radości Karoliny jest i chłopiec z Azji! Zupełnie jak w ulubionej książeczce! „Nasz” Chao też ma skośne oczy, czarne włoski i inną od naszej karnację. Ale, o zgrozo, choć „Chao” jest na oko największy z grupy, to strasznie płacze! Karolinie na ten widok mina rzednie i zaczyna się jej niebezpiecznie trzęść broda. Tata „Chao” zastosował bowiem sposób rozstawania się „na twardo”: powiedział synkowi pa, pa i pojechał do pracy. Ja mam obmyślony „miękki” sposób przystosowania dziecka do przedszkola, czyli stopniowego przyzwyczajania Karoliny do nowej sytuacji. – Ale czy jest to sposób lepszy i bardziej skuteczny?…

 
W pierwszym dniu Karolina wyraźnie daje mi do zrozumienia, że przedszkole jest super, o ile mama jest w pobliżu. Nie daje mi wyjść nawet na korytarz. A do czego mama jest potrzebna w pobliżu? A choćby do pomocy przy jedzeniu kanapek podczas śniadania. Staram się trzymać na uboczu i siedzieć w kąciku, żeby Karola mogła nawiązać kontakt z dziećmi i paniami przedszkolankami. Ale w czasie śniadania słyszę donośne:
Mamoooo! Czy możesz zabrać z mojej kanapki ogórka i szpinak?
Szpinak okazuje się oczywiście niewielkim listkiem rukoli, a ja zaczynam się zastanawiać czy nie przejść na sposób „na twardo”. Namawia mnie do tego wielu moich znajomych.
Namawia mnie do tego również miły pan ochroniarz, który stoi „na bramce” w naszym przedszkolu. Pan ma na oko lat.50+, więc jego doświadczenia życiowego głupio nie brać pod uwagę:
Pani zostawi to dziecko. Ja pani mówię: najlepiej to zostawić, zamknąć drzwi i uciekać.
Może facet ma rację – myślę sobie. Akurat on, z racji umiejscowienia swojego posterunku vis-a-vis wejścia do grupy „maluchów”, nie jedno widział. Ale pozostawienie Karoliny pierwszego dnia w przedszkolu kończy się zupełną porażką i strasznym płaczem. A ja boję się ją zrazić. Przy czym płacz mojej córki to nie jest jakieś tam dyskretne płakanie w rękaw; moja córka, jak się rozkręci, to wyje jak syrena NATO (o czym zresztą pisałam już w artykule Karolinka kontra NATO).

 
Wieczorem Facebook rozgrzany do czerwoności. Wszyscy znajomi, którzy mają w domu żłobkowiczów, przedszkolaków i pierwszoklasistów wymieniają doświadczenia i „dobre rady”. Jedni dumni, inni przerażeni – a ja niestety jestem w tej drugiej grupie.

 
Day 2:
Na front walk ciągniemy za sobą rano tatusia. Niech sobie nie myśli, że jeśli pracuje te marne 12 godzin na dobę, to ominie go wizyta w naszym obozie przetrwania. Do sali z Karolinką wchodzi tym razem on i mam nadzieję, że coś to da. Ale gdzie tam. Za chwilę słyszę potężny ryk Karoliny i znowu to ja muszę znowu asystować swojej córce. Inne mamy są najwyraźniej odważniejsze ode mnie , bo już się – mniej lub bardziej dyskretnie – ulotniły z sali. Kilku małych rekrutów jest naprawdę dzielnych, ale inni niestety płaczą (mimo naprawdę fantastycznej opieki pań przedszkolanek).

 
I tu muszę na chwilę porzucić wojenną retorykę. Ponieważ nie pasuje ona do tej wzruszającej sytuacji, jakiej byłam mimowolnym świadkiem. Otóż obserwowanie, jak ci malutcy ludzie radzą sobie ze stresem i tęsknotą za mamą, było najbardziej poruszającym i intymnym doświadczeniem jakiego ostatnio doznałam. Oto mały Wojtuś. Jeszcze niewiele mówi, ale pokazuje paniom co chwila, że chce myć ząbki. I wyjmuje ze swojej szafeczki pastę i szczoteczkę. Widocznie mama mówiła mu, że w przedszkolu będzie myć ząbki. Więc Wojtuś idzie co chwila do łazienki, i pochlipując nad miniaturową umywaleczką, myje ząbki, łykając jednocześnie łzy. Oto Halinka, która co prawda dzielnie pożegnała się z mamą, ale w zamian za to uczepiła się pani przedszkolanki i nie odstępuje jej na krok, jak mały piesek. Oto Asieńka, która jest chyba najmniejsza, śliczniutka jak z obrazka, jeszcze nic nie mówi, ale patrzy się na mnie oczkami jak ten kot ze „Shreka” i przynosi swoją bluzę, żebym pomogła się jej ubrać, bo najwyraźniej ma plan dania dyla z przedszkola i samodzielnego odszukania swojej mamy.

 
Chce mi się ryczeć i z trudem zachowuję fason.

 
A panie przedszkolanki, z dużym wyczuciem, pozwalają dzieciom na te przeróżne „rytuały”, które ostatecznie – na ogół – pozwalały im się uspokoić i ukoić.

 
Ja też ryczę, ale w domu wieczorem, i chlipię mężowi w rękaw, że po dwóch dniach mam dosyć, że to nie na moje nerwy, i że w ogóle przedszkole to był debilny pomysł, że mieliśmy taką fajną nianię i moje życie było wtedy takie poukładane i wygodne, a teraz to chyba będę musiała się zwolnić z roboty, i że to wszystko do dupy, nie tak to miało wyglądać, a do tego jestem gruba, i chyba mam PMS’a i ewidentnie potrzebuję więcej wina!!!!!!!!

 
Day 3:
Karolina budzi się dziarsko o 7. rano i na dzień dobry wesoło oświadcza:
Dzisiaj też nie dam ci pójść rano do pracy, mamo!
Kill me now!
W przedszkolu nastroje mieszane. Dzieciaki już zakumały, że przedszkole polega na zostawianiu ich przez rodziców. A początkowa fascynacja nowymi zabawkami minęła. Ponieważ jestem już zdecydowanie ostatnią i jedyną mamą w sali, dzieci najwyraźniej zaczynają mnie traktować jak „ciocię”. Wspinają mi się na kolana, chlipią w rękaw, przytulają się i wycierają smarki o moją spódnicę. Help!

 
Pani przedszkolanka na koniec zajęć próbuje mi delikatnie tłumaczyć, że nie ma rady: ja też muszę spróbować zostawić tu na dłużej moje dziecko samo. – Czy ty jesteś dziewczyno szalona? – myślę sobie. Masz tu trzynaścioro płaczących na zmianę dzieci i chcesz mieć na głowie jeszcze moją córkę z jej awanturą?… Ale zaczynam się oczywiście czuć głupio, że wychowałam płaczącego „cycocha”, że jestem taką matką „specjalnej troski”, i mam mocne postanowienie, że jutro nie będę już towarzyszyć mojej córce w sali zabaw.

Day 4:
Karolina budzi się z temperaturą 37,7 stopni. Zostajemy w domu. Mój kryzys sięga zenitu. Sama nie wiem, czy ta temperatura to u niej ze stresu, czy JUŻ złapała w przedszkolu jakiegoś rotawirusa. Na szczęście żadnych innych objawów nie ma i przez weekend temperatura normuje się.

 
Day 5:
Poniedziałek. Po weekendzie jestem pełna nowych sił, nadziei i determinacji.
W domu pytam się Karoliny czy wie, co to znaczy jak pani mówi do dzieci „Mama is at work”:
Że mama jest w pracy – odpowiada od razu Karolina.
A „Mama will come back”?
Że mama wróci – odpowiada bez wahania – To co ja się tak stresuję, skoro okazuje się, że moje dziecko rozumie więcej niż mi się wydaje!?
Tego dnia Karolina zostaje już na dłużej sama w przedszkolu. Oczywiście ryczy, kiedy ją oddają, ale szybko się uspokaja. Zaraz siada z dziećmi na dywanie i uczy się piosenek po angielsku. Na wszystko mam stosowną dokumentację fotograficzną, ponieważ pani przedszkolanka, widząc nasze męki, robi dla mnie zdjęcia i przysyła mi je na komórkę, żebym uwierzyła, że wszystko jest ok.
Mam mocne postanowienie, że jutro Karolina zostanie w przedszkolu jeszcze dłużej. Wkrótce spróbujemy również leżakowania.

 
Trzymam kciuki za wszystkie rodziny, w których były ostatnie podobne stresy jak u nas. A Wy trzymajcie kciuki za nas. I pamiętajcie, co się w tych dniach przydaje:
– optymizm rodziców
– wiara w doświadczenie pań przedszkolanek
– bajki i książki, które mogą być dla Waszych dzieci pozytywnym wzorcem chodzenia do przedszkola, zabawy z rówieśnikami itp.
– grupa wsparcia w postaci innych mam (choćby na portalach społecznościowych)
– zapas wina w lodówce

 
*Imiona dzieci zostały zmienione.

 
W kolejnym artykule opiszę Wam jak nam idzie nauka (a właściwie „przyswajanie”) języka angielskiego.

Komentarze

Navigate